fbpx

Opowieść o człowieku dzielnym. Pożegnanie senatora Marka Plury…

 

Wierzę, że Marek Plura, polityk i społecznik, mój Przyjaciel, odbiera dziś zasłużoną zapłatę za życie, które jest jedną wielką opowieścią o człowieku po prostu dzielnym. O człowieku, którego życiem obdzielić możnaby kilka żyć. Także politycznych O życiu niezwykle intensywnym. A wydawało by się to niemożliwe…

 

Wczoraj zmarł Marek Plura. Psychoterapeuta, radny, poseł na Sejm RP, deputowany do Parlamentu Europejskiego, senator. Chyba mogę powiedzieć - mój Przyjaciel. 

Marek był człowiekiem, który zadziwiał. Pamiętam wiele tych zdziwień, ale przytoczę 3. 

Pierwsze w roku 2007. Nie znałem go. Zaprosił mnie po prostu – jako posła – jakiś człowiek z niepełnosprawnością z Katowic. Wiedziałem, że jest osobą z niepełnosprawnością właśnie. Nic więcej. 

No więc jadę do tych Katowic. Wjeżdżam na salę. Widzę, że jest wypełniona ludźmi. Że są media. Na elektrycznym wózku podjeżdża do mnie jakiś człowiek. Dzień dobry panie pośle – mówi. Nazywam się Marek Plura. Jestem organizatorem tego spotkania. 

Organizatorem? - myślę sobie. To niemożliwe. Przecież ja przy nim wyglądam jak okaz zdrowia, a nie byłbym w stanie zorganizować takiego spotkania! Poznajemy się. Dostaję jakieś wyróżnienie. Zaczynamy się przyjaźnić. 

Zadziwienie drugie. Rok 2010. Znamy się już 3 lata. W Poznaniu odbywa się Europejskie Spotkanie Młodych z Taize. Jest przełom grudnia na nowy, 2010 rok. Wiesz – mówi Marek, chcemy przyjechać z żoną. Pomodlić się za początek roku. 

Zatrzymują się w Hotelu Włoskim. Umawiamy się na śniadanie. Poznam żoną Marka, Ewę. Ciekawe, co to za osoba – myślę o sobie. Wyjeżdżam na salę śniadaniową. Witam się z Markiem. Siedzi sam. Jest szwedzki stół. Jadę do tego stołu i zaczynamy sobie coś wybierać. Obok mnie kręci się jakaś brunetka, w dużych, ciężkich butach. Ładna dziewczyna – myślę o sobie. Jadę z powrotem do Marka, siadamy przy stoliku. Nagle ta dziewczyna przysiada się do naszego stolika. To moja żona – mówi Marek. 

Zadziwienie trzecie. Rok 2018. Marek jest europosłem. W każdej kadencji, przynajmniej raz odbywa się spotkanie osób z niepełnosprawnościami. Na miejscach europosłów siedzą takie właśnie osoby. Siedzę i ja. Marek ma zdecydowanie najwięcej gości. Jest w europarlamencie powszechnie znany. Prowadzi to spotkanie razem z przewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Jest otoczony powszechnym szacunkiem i sympatią. 

To tylko trzy obrazki. A przecież tych obrazków są tysiące. Obrazków z życia człowieka, który - będąc osobą często wysoce niesamodzielną – osiągnął w życiu tyle, że możnaby było ułożyć z tego przynajmniej ze dwie, intensywne biografie. 

Marek był człowiekiem na swój sposób upartym. W dobrym tego słowa znaczeniu. Kiedy był już europosłem poprosił mnie, byśmy kilka razy pojechali razem na Ukrainę. Jeszcze przed wojną. W Jaworowie, w siedzibie władz rejonowych poznaliśmy Zorianę. Dziewczyna z niepełnosprawnością. Ona będzie się uczyć w Polsce – orzekł Marek. Poprosił żebym się rozejrzał w tej sprawie. Zacząłem coś robić. Jeszcze się dobrze nie rozejrzałem, a już dzwoni do mnie.  Ona się będzie uczyć i mieszkać w Katowicach. Już wszystko załatwione - powiedział. 

Kiedy w zeszłym roku wybuchła wojna w Ukrainie dalej rozszerzył tę pomoc. Wydawało się, że sam potrzebuje pomocy, i często jej potrzebował, tymczasem to on pomagał setkom, jeśli nie tysiącom ludzi. 

Ten jego upór widać było także kilkanaście dni temu, na ostatnim posiedzeniu Senatu. Nic nie wskazywało na to, że będzie to jego ostatnie posiedzenie, pożegnalne. Zgłaszał poprawkę do ustawy o pomocy Ukraińcom. Nie wszyscy - w naszej, senackiej większości - się z tą poprawką zgadzali. Ale on się nie zarażał. I - jak zawsze - z uporem parł do przodu. Szukał dla niej większości. Przemawiałem po nim, więc zjeżdżając do mównicy widziałem go, jak przemawiał ze swojego miejsca. Jak zawsze spokojnie, niezbyt mocnym głosem. Przekonywał. Argumentował. I oczywiście przekonał. Z tą swoją charakterystyczną pogodą ducha. Dobrocią. Uporem właśnie. 

To go też charakteryzowało. Nie słyszałem przez te 15 lat znajomości, żeby powiedział o kimś jakieś złe słowo. Ale też może właśnie dlatego, nikt nigdy nie mówił źle o nim. Tylko dobrze. Bo to był dobry człowiek po prostu. 

Jakiś czas temu zwierzył mi się, że chciałby być trochę bliżej Pana Boga. Że mógłby być po prostu bliżej Niego niż jest teraz. 

Zaprosiłem znajomego księdza. Najpierw Marek nie mógł i odwołał spotkanie. Potem nie mógł ksiądz. Umówiliśmy się więc, że pojedziemy razem w marcu na rekolekcje. 

Zadzwoniłem do jednego z organizatorów, żeby zarezerwował dla Marka i jego opiekuna miejsce. Teraz zadzwoniłem, że to miejsce będzie puste. W słuchawce usłyszałem: ono już nie jest mu potrzebne. On już wszystko wie…

Tak. Wie. I wierzę, że Marek Plura, polityk i społecznik, mój Przyjaciel, odbiera dziś zasłużoną zapłatę za życie, które jest jedną wielką opowieścią o człowieku po prostu dzielnym. O człowieku, którego życiem obdzielić możnaby kilka żyć. Także politycznych O życiu niezwykle intensywnym. A wydawało by się to niemożliwe…

Marek był Ślązakiem. Wielkim zwolennikiem języka i kultury śląskiej. No więc czekaj tam na nas Przyjacielu… Tam, na wiyrchu…

                                                                   Jan Filip Libicki