70 lat od Poznańskiego Czerwca. Robotnicy wyszli po chleb i godność
28.06.1956 r. robotnicy Poznania wyszli na ulice, bo żądali chleba i wolności. Komunistyczna władza odpowiedziała pacyfikacją miasta, w której zginęło co najmniej 58 osób.
Robotnicy wyszli na ulice o godz. 6:00
28.06.1956 r. krótko po godz. 6:00 w Poznaniu zawyły syreny. Robotnicy z Zakładów im. Hipolita Cegielskiego, wtedy noszących nazwę Zakładów im. Józefa Stalina, ruszyli na ulice. Domagali się chleba, wolności, sprawiedliwej płacy oraz godnego traktowania.
Nadzieje na zmiany szybko zderzyły się z biedą
Ten bunt nie wybuchł nagle. Wiosną 1956 roku w Moskwie odbył się XX Zjazd Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Nikita Chruszczow przedstawił tam tajny referat o czasach stalinowskich i skrytykował wcześniejszy reżim. W czasie zjazdu zmarł Bolesław Bierut, pierwszy sekretarz Komitetu Centralnego PZPR. W Polsce wielu ludzi zaczęło wtedy liczyć na zmiany.
Zmiany jednak nie przyszły. W kraju trwały bieda i niedostatek. Robotnicy czekali na poprawę warunków pracy, zmniejszenie norm i wyższe pensje. Przedstawiciele rad zakładowych i związkowych rozmawiali z ministrem przemysłu metalowego Romanem Fidelskim. Efektów nie było.
Historyk Jarosław Burchard w wypowiedzi dla Radia Poznań zwraca uwagę, że wśród robotników narastało poczucie niesprawiedliwości. Jak mówi, „wszyscy liczyli na zmiany, na to, że będzie inaczej, lepiej. A zmiany nie następują”. Podkreśla też, że robotnicy cierpieli głód, a partyjne zapewnienia o wspólnym niedostatku nie miały pokrycia w rzeczywistości. Członkowie partii żyli lepiej niż ludzie pracujący w poznańskich zakładach.
Tłum rósł z każdą godziną
Tłum szedł ulicami miasta i rósł z każdą godziną. Do robotników dołączali pracownicy kolejnych zakładów. Na placu Józefa Stalina, dzisiejszym placu Adama Mickiewicza, zebrały się dziesiątki tysięcy osób. Ludzie oczekiwali rozmowy. Chcieli, aby ktoś z władz wyszedł i potraktował ich poważnie. Władza wybrała milczenie, a później przemoc.
Poznański Czerwiec był pierwszym wielkim protestem robotników w PRL. Robotnicy nieśli hasła o chlebie, wolności i sprawiedliwości. Część manifestujących ruszyła w stronę więzienia przy ul. Młyńskiej, bo po mieście krążyła informacja o zatrzymaniu delegatów robotniczych. Inni poszli pod gmach Urzędu Bezpieczeństwa przy ul. Kochanowskiego. Tam padły strzały.
Tajniacy fotografowali uczestników protestu
Władza od rana obserwowała demonstrantów. Już około godz. 8:00 ppłk Feliks Dwojak, szef Wojewódzkiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Publicznego przy ul. Kochanowskiego, wysłał funkcjonariuszy w tłum. Ich zadaniem było rozpoznanie osób uznanych za szczególnie aktywne.
Tajniacy fotografowali robotników z ukrycia, z mieszkań, samochodów lub aparatów schowanych w teczkach, torbach, pod ubraniem, a nawet w rekwizytach. Zdjęcia operacyjne łatwo rozpoznać po okrągłej, czarnej obwódce widocznej na kliszy i odbitce. To ślad po fotografowaniu przez specjalnie przygotowany otwór. Funkcjonariusze mieli znaleźć twarz osoby uznanej za „figuranta” i ułatwić jej późniejszą identyfikację.
Zdjęcia stały się narzędziem represji
Te fotografie stały się narzędziem represji. Zdjęcia operacyjne przewieziono do Warszawy. Tam wywoływano odbitki i oznaczano osoby, które władza uznała za „wichrzycieli”. Na podstawie fotografii i donosów zatrzymano kilkaset osób. Część z nich przeszła brutalne śledztwa. Dwudziestu dwóm osobom wytoczono procesy, które przeszły do historii jako procesy „trzech”, „dziewięciu” i „dziesięciu”.
Romek Strzałkowski stał się symbolem
Jednym z najbardziej poruszających symboli Poznańskiego Czerwca pozostaje Romek Strzałkowski. Miał 13 lat. Według relacji niósł biało-czerwoną flagę i zginął od kuli. Nigdy nie ustalono, kto go zabił. Dla Poznania stał się symbolem młodej ofiary systemu, który strzelał do własnych obywateli.
Robotnicy chcieli też dotrzeć do Międzynarodowych Targów Poznańskich. W mieście przebywali wtedy zagraniczni wystawcy i goście. Demonstranci chcieli, aby Europa i świat dowiedziały się, co dzieje się w Poznaniu. Ten gest pokazywał, że mieszkańcy chcieli być częścią wolnego świata, a nie zamkniętego systemu opartego na strachu.
Władza wysłała wojsko i czołgi
Do pacyfikacji miasta władze wysłały 10 000 żołnierzy i ponad 350 czołgów. Do Poznania skierowano wojsko, w tym jednostki pancerne ćwiczące w Biedrusku. Do miasta przyleciał premier Józef Cyrankiewicz, który zorganizował stanowisko dowodzenia na Ławicy. W Poznaniu był także Edward Gierek, odpowiedzialny wówczas za przemysł ciężki, który próbował negocjować warunki płac.
Noc z 28 na 29.06.1956 r. była czasem pacyfikacji, zatrzymań i strachu. W szpitalach lekarze i pielęgniarki ratowali rannych. Według danych przywołanych w materiale rocznicowym w Poznaniu zginęło co najmniej 58 osób, a kilkaset zostało rannych. Miasto przypominało miejsce walk.
Pamięć o Czerwcu pozostaje zobowiązaniem
70 lat później Poznański Czerwiec nie jest tylko lekcją historii. To pytanie o pamięć, odpowiedzialność i cenę wolności. Robotnicy wyszli na ulice, bo państwo nie chciało ich słuchać. Władza odpowiedziała przemocą i inwigilacją. Dlatego ta rocznica przypomina, jak łatwo system może uznać obywatela za wroga.
Wydarzenia sprzed 70 lat to nasze dziedzictwo i zobowiązanie wobec tych wszystkich, którzy wówczas mieli odwagę. Chwała bohaterom.
Źródło informacji: Instytut Pamięci Narodowej Oddział w Poznaniu, CYRYL – Danuta Książkiewicz-Bartkowiak, wypowiedź historyka Jarosława Burcharda dla Radia Poznań, materiały rocznicowe.

